Tylko tu o sporcie to, czego gdzie indziej nie ma
RSS
czwartek, 14 lutego 2008
Marcinkiewicz - prezesem PZPN? Nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady!

Do pojęć, że coś się dzieje „jak w klasycznym czymkolwiek” można chyba już dołoźyć stwierdzenie „jak w klasycznym sportowym dziennikarstwie brukowym”. Ostatnim przykładem tzw. tematu z dupy wyjętego jest w tej dziedzinie humbug z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który jakoby miał zostać prezesem PZPN. Napisała o tym wczoraj strona internetowa „Wprost”, a za nią - oczywiście jak stado baranów - bezkrytycznie i bezmyślnie temat podchwyciły dzisiejsze gazety.

Nie mam zamiaru owijać w bawełnę. To jest idiotyzm w postaci czystej. I nie chodzi tu o o fakt, że Marcinkiewicz nie byłby dobrym prezesem PZPN (bo pewnie byłby). Chodzi o to, że prawdopodobieństwo, że zostałby wybrany jest zbliżone do zera. Zera absolutnego.

Najpierw jednak należy dostrzec, że wszystkie te media, które w tytułach krzyczą o sensacyjnym kandydacie na prezesa, niżej w tekstach same właściwie temu zaprzeczają...

„Ale mi na razie wystarcza, że mam dobrą pracę dyrektora banku w Londynie” - autokompromitująco cytuje słowa zainteresowanego „Przegląd Sportowy”...

„Wiem, że Kazik kiedyś działał w żeńskiej koszykówce w Gorzowie, więc może zacząć od futbolu żeńskiego” - takim wyszukanym żartem nadaje powagi informacji europoseł Ryszard Czarnecki, sam ponoć - pożal się Boże - kandydat na prezesa...

„Nic nie słyszałem o planach pana Marcinkiewicza” - to z kolei słowa rzecznika prasowego PZPN Zbigniewa Koźmińskiego. Kolejnego, który szalenie „umacnia” brukowe wersje...

Ale OK, załóżmy nawet, że to prawda - Kazimierz Marcinkiewicz dopuszcza, że może być prezesem PZPN. Tylko co z tego? Prawdopodobieństwo, że tak się stanie wcale, niestety, od tego nie wzrosło...

Po pierwsze - najpierw musiałby uzyskać poparcie co najmniej piętnastu klubów pierwszo- i drugoligowych albo okręgowych związków. No dobrze, powiedzmy, że akurat to jest możliwe - bo pewnie nie ma takiej kiełbasy, na którą nie dałoby się złowić wyborców.

Po drugie jednak (i tu leży pies pogrzebany) - prezesa i tak wybiera nieco ponad setka delegatów na zjazd PZPN. I - uwierzcie - kiedy przyjdzie co do czego, te leśne dziadki z tzw. terenu, nie wybiorą nie tylko żadnego Marcinkiewicza, ale i w ogóle nikogo innego niż miłościwie nam panujący jeszcze przez co najmniej pięć lat Michał Listkiewicz. I to jest koniec dyskusji.

 

12:43, blogtrotter
Link Komentarze (9) »
wtorek, 22 stycznia 2008
Rzeczywistość swoje, Boniek swoje...

Zbigniew Boniek jest gigantyczną postacią. Jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) piłkarzy w historii polskiego futbolu, symbol Wielkiego Widzewa - superdrużyny z charakterem z przełomu lat 70. i 80. Ale dziś najwyraźniej nie rozumie, że w ostatnich tygodniach swoją postawą tylko szkodzi klubowi. A szkoda...

Od kiedy na jaw wyszło, że Wojciech S., były współwłaściciel Widzewa, jest umoczony w aferę korupcyjną - Boniek (a więc ten, który z Wojciechem Sz. był drugim współwłaścicielem...) za wszelką cenę codziennie próbuje pojawiać się we wszystkich polskich mediach i z równie niezrozumiałym, co wręcz już podejrzanym uporem przekonywać, że ani Widzew (przecież Wojciech Sz. to nie Widzew - mówi dzis Boniek, sic!), ani on sam nie mają nic wspólnego z korupcją. Zarzucając przy okazji niemal całemu otoczeniu, że się na  niego uwzięło.

Nie dalej jak w poniedziałek Boniek nie zostawił suchej nitki na WD w gazecie „Polska”. Stwierdził, że organ odpowiedzialny za podejmowanie decyzji o degradacji działa stronniczo i jest niekonsekwentny. Uważa też, że Michał Tomczak działa nielegalnie w PZPN, jest jednocześnie sędzią i oskarżycielem w swojej sprawie, oraz że „chce” zdegradować właśnie Widzew. Dostało się również Listkiewiczowi. Ten, zdaniem Bońka, kompletnie umył ręce od korupcji pozostawiając Tomczakowi wolną rękę w tej sprawie.

Boniek, rzecz jasna, doskonale sobie zdaje sprawę, że nie do udowodnienia jest teza, że musiał wiedzieć, że Widzew kupował mecze. Nawet po uwzględnieniu niepodważalnego faktu, że klub w połowie należał wówczas do niego...  Ale jego próby tłumaczenia Widzewa są doprawdy żenujące. Czasem nawet aż wstyd to czytać i tego słuchać...

Bo - klaruje Boniek - co z tego, że tylko zdaniem WD PZPN Widzew ma 12 zarzutów? Przecież prokuratura obwinia Sz. o 8 ustawionych meczów, a on sam przyznaje się tylko do 4... Po pierwsze - WD operuje liczbą 12, bo  uważa, że środowiskowo jest w stanie tyle zarzutów udowodnić. Prokuratura przed sądem może być pewna zupełnie innej liczby zarzutów. Po drugie zaś - jeżeli ukradnę 4 kg chleba, jeszcze nie jestem złodziejem, a jeżeli 12 - już tak?!

Kolejna metoda zrzucania z siebie odpowiedzialności jest równie żałosna. - Widzew nic nie skorzystał w sezonie, w którym posądzany jest o korupcję. Przecież nie awansował do ekstraklasy - grzmi Boniek... Po pierwsze - jak to nic?! A do meczów barażowych się nie zakwalifikował?! A do trzeciej ligi spadł (proponuję odliczyć 36 pkt. od ówczesnego bilansu łodzian...)?! Po drugie zaś - jeżeli ukradnę coś, co, jak się później okaże, nie ma wielkiej wartości - nie jestem złodziejem?!

Nie mówiąc już o tym, że skoro Boniek uważa, że wtedy była to prywatna działalność Wojciecha S. a z kolei teraz on nie ma już nic do powiedzenia w Widzewie (należy do niego raptem 12 proc. udziałów, a i te jeszcze niedawno chciał sprzedać nowemu właścicielowi klubu Sylwestrowi Cackowi...) - to o co mu właściwie chodzi? Przecież nie jego problem i nie jego klub...

12:55, blogtrotter
Link Komentarze (9) »
wtorek, 08 stycznia 2008
Fryzjer goli dziennikarzy

Wtorek, 8 stycznia 2008 r. Springerowskie gazety w komplecie zachłystują się rozmową, którą przeprowadziły z niejakim Fryzjerem, domniemanym szefem piłkarskiej mafii, przebywającym od miesięcy w areszcie we Wroclawiu.

Wszystko fajnie, tylko... po co to wszystko. „Przegląd Sportowy” od wczoraj trąbił, że „Fryzjer sypie zza krat”, że tylko im powiedział prawdę o piłkarskiej mafii, że wyznaje straszną prawdę, itd... Po czym np. „Dziennik” w rzeczonym wywiadzie sam drukuje choćby takie zdanie-perełkę autorstwa Fryzjera: „Nie bedę się przed wami spowiadał”...

Ale popatrzmy, jakie tajemnice zdradził „PS”. Cytaty będą dosłowne:

- Nie (na pytanie, czy kierował grupą przestępczą);

- Wszystkie 66 zarzutów jest nadmuchanych;

- Ani razu (na pytanie, ile razy wziął pieniądze za ustawienie meczu);

- Z dobrego serca dawałem. Mam to po mamie (na pytanie, dlaczego rozdawał numery telefonów do sędziów);

- Bo się opłacało (na pytanie, dlaczego tak często zmieniał karty w komórce);

- Niby jakim sposobem (na pytanie, czy wpływał na obsadę sędziowską);

Teraz weźmy „Dziennik”. Rozmowa niby ta sama (w „PS” podpisały ją dwie osoby, w „Dz” jedna), ale i pytania (tu jest ich zresztą więcej), i odpowiedzi jednak inne. Prawdopodobnie to, co „PS” zajmie dwa dni, „Dz” zrobił w jeden. Z tym że, oddając sprawiedliwość, oczywiście w obu tytułach rozmowy z „Fryzjerem” są równie demaskatorskie w treści...

Ale spójrzmy, co jeszcze ciekawego „wyznaje” „Fryzjer” w „Dz”, czego nie „wyznał” w „PS”:

- Ja już jestem starszy człowiek, co ja mogłem (na pytanie, czy jak się czuje szef piłkarskiej mafii);

- To są jakieś ziobrowskie metody, że jedno połączenie telefoniczne równa się jedno przestępstwo (na pytanie, czemu przeprowadzał tak dużo rozmów);

- Proszę zostawić go w spokoju! To chłop z zasadami, po ojcu i dziadzie bardzo związany z Kościołem (na pytanie o sędziego Marka R.);

- To było zwykłe przekazanie koperty. Nie miałem z tego nawet grosza zysku (na pytanie o trzykrotne pośrednictwo w przekazywaniu pieniędzy, do którego się przyznał);

Z kolei w „Fakcie” treść rozmowy z „Fryzjerem” jest żywcem wzięta z „PS”.

I jeszcze jedno. To, niestety, nie koniec. W jutrzejszych gazetach druga część wywiadu. Będzie się działo...

12:39, blogtrotter
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 listopada 2007
Jak Kaźmierczaki z Kazimierczakami

Postanowiłem napisać ściągę dla wszystkich mających kłopoty z rozróżnianiem piłkarzy o nazwisku Kaźmierczak i z odróżnianiem ich od piłkarzy o nazwisku Kazimierczak. A więc do dzieła.

Na podstawie dostępnych danych doliczyłem się sześciu Kaźmierczaków i dwóch Kazimierczaków. Co ciekawe - żaden nie gra w polskiej ekstraklasie. Występują albo za granicą, albo w Polsce - ale w klubach z niższych lig.

Kaźmierczaki

Najbardziej znany jest oczywiście Przemysław Kaźmierczak, który na koncie ma 9 meczów i jednego gola w reprezentacji Polski.

 

25-letni pomocnik zaczynał karierę w ŁKS Łódź, w 2001 r. zdobył mistrzostwo Europy U-18, a w Polsce grał też w Piotrcovii, Górniku Łęczna i Pogoni Szczecin. Jego bilans w ekstraklasie to 49 meczów i 5 goli. Rok temu latem wyjechał do Portugalii. Cały sezon 2006/07 spędził w Boaviście Porto (29 meczów, 5 goli) i prezentował się na tyle dobrze, że kupiło go FC Porto. W tym klubie na razie czas spędza głównie na ławce rezerwowych - zagrał tylko w meczu o Superpuchar Portugalii.

Pozostali Kaźmierczaki - z całym szacunkiem - to gracze dość anonimowi. Dwóch (obaj 20-letni) jest w kadrach zespołów trzecioligowych - pomocnik Jakub w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki i obrońca Waldemar w Arce Nowa Sól, a trzech w czwartej lidze - 30-letni pomocnik Marcin w Aluminium Konin, 22-letni napastnik Robert w rezerwach Śląska Wrocław i 20-letni pomocnik Paweł w Górniku Polkowice.

Kazimierczaki

Jest ich dwóch i obaj grają za granicą.

 

26-letni obrońca Krzysztof od wiosny tego roku jest zawodnikiem Boavisty (można sobie tylko wyobrazić osłupienie fanów z Porto, którzy przez pół sezonu mieli w swoim klubie Przemysława Kaźmierczaka i Krzysztofa Kazimierczaka... Choć z drugiej strony można podejrzewać, że niewielu z nich zauważyło, że to dwa różne nazwiska - zwłaszcza że na pewno nie potrafili ich wymówić). W Polsce grał w Zagłębiu Lubin, Miedzi Legnica i Wiśle Płock. W ekstraklasie rozegrał 83 mecze, zdobył jednego gola. W 2006 r. świętował z Wisłą Płock zdobycie Pucharu Polski.

Mamy jeszcze Przemysława Kazimierczaka.

 

19-letni bramkarz przed dwoma laty wyjechał do Anglii i do dziś formalnie jest zawodnikiem pierwszoligowego Boltonu, dwukrotnie wypożyczanym do klubów z niższych lig - najpierw do Accrington Stanley, a ostatnio do Wycombe.

Jeżeli ktoś zna jeszcze innych grających w piłkę na ligowym poziomie Kaźmierczaków lub Kazimierczaków - zapraszam do uzupełniania listy.

16:06, blogtrotter
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 października 2007
Euroscenariusze 2012

Od dłuższego czasu zwracam szczególną uwagę na stosunek tzw. ludzi do Euro 2012. I jedno trzeba przyznać - jest to stosunek nieprzerywany. O ile jednak na początku przeważała euforia, że dostaliśmy wielką imprezę, o tyle dziś emocje opadły. Po pół roku wszyscy wytrzeźwieli i podzielili się na z grubsza trzy obozy. Ich poglądy można w miarę uporządkować, nie wiadomo tylko - jaki procent należy do której grupy.

A więc społeczeństwo w Polsce dzielimy dziś na następujące kategorie.

1. Tacy, którzy uważają, że wszystko się uda

Ich zdaniem projekty zrealizujemy w 100 proc., zbudujemy wszystkie stadiony i całą infrastrukturę - a co za tym idzie wszystkie zaplanowane mecze Euro 2012 odbedą się w Polsce bez żadnych komplikacji.

2. Tacy, którzy zwątpili, że uda się zbudować wszystkie stadiony, ale wciąż są zdania, że formalnie gospodarzem Euro będziemy

Ten wariant można zresztą podzielić na dwa podwarianty:

a) - UEFA zgodzi się, by niezbudowane stadiony w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu zastąpiły obiekty w Chorzowie (Śląski) i Krakowie (Wisły) i poza zmianami lokalizacyjnymi reszta będzie taka sama. Polska zorganizuje tyle samo meczów i na tym samym szczeblu, co w pierwotnych założeniach.

b) - Warszawa, Gdańsk i Wrocław zostają bez stadionów i w ramach retorsji UEFA całkowicie zmienia drabinkę turnieju. Polaska dostaje ochłap w postaci np. jednego meczu w Poznaniu, jednego w Krakowie i jednego w Chorzowie - wszystkie w grupach.

3. Tacy, którzy są przekonani, że za rok-dwa UEFA odbierze nam organizację Euro 2012.

Irytację Michela Platiniego i spółki spowoduje fakt, że wciąż będziemy w polu ze stadionami, autostradami, hotelami, szybkimi kolejami, lotniskami, itp, itd... Działacze europejskiej federacji nie będą chcieli dłużej słuchać kolejnych polskich zapewnień, że na pewno zdążymy - i postanowią, że finały zorganizuje sama Ukraina albo - uwaga - Ukraina do spółki z Rosją, która bardzo tego pragnie, wyczuła już, że to możliwe i już stara się lobbować w UEFA za takim pomysłem.

W wersji ekstremalnej niektórych wyznawców punktu 3. Euro zostanie odebrane nie tylko Polsce, ale i także Ukrainie. A następnego dnia gospodarzem zostaną Włochy, które mają wszystko, co trzeba i taką imprezę mogłyby zorganizować nawet dziś.

Dlatego też swoich zwolenników ma również idea byłego posła Piotra Misztala (pamiętacie?) z Samoobrony (pamiętacie?), który - to trzeba mu oddać - pierwszy rzucił pomysł, by Polska wystawiła prawo do organizacji Euro 2012 na licytację z ceną wywoławczą: miliard euro...

14:22, blogtrotter
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2007
Tomasz Lipiec - chodzący paradoks

Jeśli ktoś nie wie - co to jest paradoks, nie musi szukać definicji w słownikach. Wystarczy przestudiować kareierę zatrzymanego w czwartek byłego ministra sportu Tomasza Lipca, któremu prokuratura zarzuca branie łapówek, i któremu grozi do 10 lat więzienia.

Najpierw uprawiał sport. Ale chód, czyli dyscyplinę niszową, taką, której nikt nie ogląda. Po co w takim razie ją uprawiać - zapyta ktoś. I to jest paradoks pierwszy.

W trakcie sportowej kariery był przez trzy lata zawieszony, ponieważ Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie uznała, że wyniki badań jego moczu wskazują na użycie dopingu. Później został uniewinniony przez Polski Związek Lekkiej Atletyki. Tu paradoks polega na tym, że Lipiec okazał się równie pamiętliwy, co nieszczery, bo kiedy już został ministrem - zwolnienie prof. Jerzego Smorawińskiego (tego samego, który go zawiesił) z funkcji przewodniczącego tejże komisji uzasadnił, że... „komisja nie wypełniała swoich zadań”.

Paradoks nr 3 to kompletny rozjazd między tym, co miał robić na ministerialnym stołku (walczyć z korupcją w PZPN), a co rzeczywiście robił (tu wystarczy spojrzeć na zarzut, jaki postawiła mu prokuratura...). A jeszcze brzmią mi w uszach jego słowa po objęciu teki ministerialnej, że „teraz wreszcie będzie normalnie”...

Jako minister sportu wprowadził kuratora do Polskiego Związku Piłki Nożnej, a także domagał się ustąpienia prezesa i rozpisania nowych wyborów. Co dziś w tym paradoksalnego? Ano to, że na skutek interwencji FIFA i UEFA kurator jak niepyszny musiał wyjść ze związku już po niespełna dwóch miesiącach, Michał Listkiewicz szefuje PZPN w najlepsze do dziś, a wybory - jak się ostatnio mówi - odbędą się najwcześniej jesienią 2008 r.

Czwarty paradoks jest związany z Euro 2012 i jedyny brzmi optymistycznie. Kiedy 18 kwietnia w Cardiff Michel Platini ogłaszał, że organizację imprezy dostają Polska i Ukraina - minister Lipiec był najsmutniejszym człowiekiem na sali (a później próbował udowadniać, że to jego zasługa...). Na szczęście dziś już wiadomo, że więcej nie musi się tym przejmować i może w związku z tym istnieje szansa, że mistrzostwa w Polsce jednak uda się przeprowadzić.

W tym ostatnim paradoksie tkwi mały podparadoks... W lipcu 2007, jeszcze w dniu odwołania z funkcji ministra sportu, Lipiec towarzyszył prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu podczas wizyty na Ukrainie, gdzie na najwyższych szczeblach omawiano sprawę przygotowań do piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku i powoływano polsko- ukraiński Komitet Koordynacyjny.

18:47, blogtrotter
Link Komentarze (4) »
środa, 24 października 2007
Stu trzynastu wspaniałych

Przy okazji poszukiwań trenera przez piłkarskiego mistrza Polski Zagłębie Lubin przyszło mi do głowy sprawdzić - ilu mamy licencjonowanych (jak wiadomo - pierwszo i drugoligowych drużyn nie może prowadzić każdy, liczy się przede wszystkim papier od PZPN) szkoleniowców w Polsce. Okazuje się, że 113.

Niech się jednak nikt nie łudzi, że jest w czym wybierać. By to udowodnić, postanowiłem pokusić się o podział wszystkich licencjonowanych trenerów na kategorie. Oto one:

OK, rzeczywiście tuzy.

Lenczyk Orest

Skorża Maciej

Smuda Franciszek

Stawowy Wojciech

Urban Jan

Wieczorek Ryszard

Trenerem to ja już byłem...

Białas Stefan

Broniszewski Mieczysław

Engel Jerzy

Kurowski Marian

Mikulski Albin

Mroziewski Witold

Palik Czesław

Trenerem to ja może będę. A na pewno bardzo bym chciał...

Cecherz Przemysław

Engel Jerzy Jr

Fornalik Waldemar

Jakołcewicz Czesław

Kaczmarek Zbigniew

Kretek Andrzej

Gawara Krzysztof

Ojrzyński Leszek

Pisz Bogdan

Rzepka Piotr

Tarasiewicz Ryszard

Wiśniewski Andrzej

Wleciałowski Marek

Zieliński Jacek

Zieliński Jacek

Zub Marek

Trenerem to ja nigdy nie byłem i nie będę...

Czyżniewski Andrzej

Kmiecik Kazimierz

Dobry trener tylko wyników nie ma....

Jabłoński Mirosław

Kubicki Dariusz

Kuras Mariusz

Majewski Stefan

Motyka Marek

Piekarczyk Piotr

Pietrzak Bogusław

Topolski Adam

To Pan jeszcze może?

Gąsior Włodzimierz

Łazarek Wojciech

Małowiejski Włodzimierz

Podedworny Zdzisław

Szukiełowicz Romuald

Złomańczuk Jan

Co ja teraz będę robił jak ja tylko trenować umiem?

Borecki Wojciech

Chojnacki Marek

Chrobak Krzysztof

Dankowski Józef

Kaczmarek Bogusław

Klejndinst Edward

Kowalik Jerzy

Łach Władysław

Michniewicz Czesław

Prawda Andrzej

Stefaniak Zbigniew

Wójtowicz Dariusz

A kto to jest?

Błaszkowski Andrzej

Copijak Mirosław

Dymek Mirosław

Gierszewski Mieczysław

Góralczyk  Robert

Gurtatowski Kazimierz

Kocąb Piotr

Kubot Janusz

Libich Michał

Łapa Tadeusz

Łukasik Ryszard

Makowiecki Jan

Mazurek Wiktor

Moskal Robert

Nowak Dominik

Podsiebierski Zbigniew

Teraz to już poważnie - a kto to jest?

Borkowski Tomasz

Brosz Marcin

Buczyński Sylwester

Budziłek Jerzy

Furlepa Jan

Gaszyński Tadeusz

Jończyk Robert

Kafarski Tomasz

Kamiński Marek

Kieżun Zbigniew

Klepak Józef

Kłusek Ryszard

Kossakowski Dariusz

Kuźma Andrzej

Kuźma Ryszard

Nakielski Andrzej

Szymkowicz Zbigniew

Dobry piłkarz wcale nie musi być dobrym trenerem...

Koniarek Marek

Lesiak Andrzej

Mandrysz Piotr

Nawałka Adam

Orzeszek Andrzej

Probierz Michał

Wojdyga Piotr

Trener? Wolne żarty. Albo „trener”, albo antytrener...

Baniak Bogusław

Dragan Mirosław

Putyra Marian

Tochel Krzysztof

AAAAAAAAAAAAAAAAA. Licencję podłożę...

Antoniak Józef

Białek Janusz

Wojno Wiesław
Żurek Jan

Pruski, Pruski! Bo on się nazywa Pruski! Wawrzyniec Pruski, polski trener!

Besek Drażen

Csaplar Josef

Kioua Mustapha

Licka Verner

Nemec Petr

Panik Bohumił

Radolsky Dusan

Kategoria Open...

Wdowczyk Dariusz

16:30, blogtrotter
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 października 2007
Czesław Mourinho, czyli megażenua

Mówiąc szczerze - mam w nosie, czy trener Czesław Michniewicz zasłużenie poleciał ze stołka w Zagłębiu Lubin.

 

O co innego mi chodzi. O niezwykle irytującą w polskim futbolu modę wymyślania i stosowania szalenie pretensjonalnych przydomków, pseudonimów, itp. Zawsze, kiedy słyszę lub czytam, że Czesław Michniewicz to „polski Mourinho” - czuję się zażenowany. Po pierwsze tym, jak to w ogóle brzmi (brrr... oraz ciarki na plecach), po drugie zaś tym, że wiele osób traktuje to określenie poważnie - używaja go nawet dziennikarze! I to dopiero jest kompletnie niezrozumiałe... Ja w każdym razie wstydziłbym się publicznie używać tego pseudonimu. Podobnie jak wielu, wielu innych w polskim futbolu. Na przykład:

Miętowy - Marcin Mięciel

Wędzynka - Grzegorz Wędzyński

JasiuWosiu - Jan Woś

Krzynaldo - Jacek Krzynówek (i na tej samej zasadzie - Rasialdo, itd, itp...)

Żewłak - Marcin Żewłakow

Baszczu - Marcin Baszczyński

Błaszczu - Jakub Błaszczykowski

Kosiarka - Kamil Kosowski

Zieniu - Marek Zieńczuk

Nędza vel Władeczek vel Włodar - Piotr Włodarczyk

Lewandao vel Lewandinho - Mariusz Lewandowski

Radomatu - Radosław Matusiak

Gargi - Łukasz Garguła

Komar - Jacek Bąk

Emsi - Emanuel Olisadebe

Bury - Marcin Burkhardt

Gizmo - Piotr Giza

Brozio - Paweł Brożek

Kiełbik - Tomasz Kiełbowicz

Gianni - Tomasz Hajto

Reksio - Piotr Reiss

Jelonek - Ireneusz Jeleń

Świr - Piotr Świerczewski

Wtorek - Andrzej Niedzielan

Wasyl - Marcin Wasilewski

Jeśli ktoś chciałby uzupełnić listę - zapraszam.

 

Na czytelnikach zawsze można polegać! Oto ich uzupełnienia:

Kiełbasa - Grzegorz Piechna

Tato - Radosław Kałużny

Rocky - Piotr Rocki

Franz - Franciszek Smuda

Radogol - Radosław Gilewicz

Beret - Marek Jóźwiak

 

13:25, blogtrotter
Link Komentarze (25) »
wtorek, 16 października 2007
Jak się ''sprzedaje'' piłkarza za jego plecami

Nowa gazeta, która nazywa się „Polska”, w dziale sportowym postanowiła wystartować z wysokiego pułapu. I już w drugim numerze sprzedaje napastnika piłkarskiej reprezentacji Polski Macieja Żurawskiego do Los Angeles Galaxy, tytułując tekst „Maciej Żurawski coraz bliżej Hollywood...”.

 

Materiał rozpoczyna się od dwóch kategorycznych stwierdzeń:

- „Żuraw” ma szansę grać z Beckhamem

- Polaka kuszą menedżerowie z Galaxy LA

Po czym w drugiej połowie teksktu (bo pierwszą zajmuje przypomnienie meczu z Kazachstanem...) czytamy, że:

- kiedyś pisano, że Żurawski może przejść z Celticu Glasgow do Celty Vigo.

- Sam Żurawski nic nie mówi o jakimkolwiek transferze. - Na razie w ogóle nie ma tematu zmiany barw klubowych, bo teraz nie ma nawet okienka transferowego - ucina piłkarz.

- Na meczu z Kazachstanem był menedżer Dawida Janczyka - Jerzy Kopiec z Nowego Sącza, który ponoć utrzymuje, że ma dla Żurawskiego ofertę z LA Galaxy i twierdzi, że w każdej chwili mogą podpisać kontrakt. Wiadomo już też, że rola Polaka byłaby w USA mniej więcej taka sama jak Davida Beckhama, oczywiście zachowując proporcje. Czyli promowanie klubu i w ogóle futbolu w środowiskach polonijnych. Żurawski z tzw. bomby miałby status gwiazdy, zamieszkał w Kalifornii i mimo nienajwyższych może zarobków - sowite kontrakty reklamowe, które pozwoliłyby odłożyć mu na godziwą emeryturę.

- Ten sam mityczny Kopiec z Nowego Sącza przywiózł na mecz z Kazachstanem menedżera z amerykańskiej ligi piłkarskiej MLS, którego celem - tu „Polska” uczciwie przyznaje - nie było jeszcze podpisanie kontraktu z Maciejem Żurawskim, ale „zapoznanie się z organizacją meczów w Polsce”. Po co menedżerowi z MLS wiedza na temat organizacji meczów w Polsce i dlaczego miałby w ogóle podpisywać kontrakt z Żurawskim, skoro „w każdej chwili” może to zrobić Kopiec z Nowego Sącza - tego już „Polska” nie wyjaśnia.

A potem tekst o transferze Macieja Żurawskiego do Los Angeles Galaxy się kończy. Co jest oczywistym błędem dziennikarskim, ponieważ zabrakło co najmniej dwóch akapitów o tym, że dziewczyna Maćka marzy o karierze aktorskiej i transfer ukochanego do Los Angeles (czyli w zasadzie do Hollywood) jej też bardzo by pomógł w wejściu w świat wielkiego filmu... 

14:07, blogtrotter
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 października 2007
Jak Dziennik wyciąga kibiców z kapelusza

Przed tygodniem Gazeta Wyborcza przewidziała, że w 10. kolejce rozgrywek Orange Ekstraklasy pobity zostanie rekord frekwencji i średnia liczba widzów na trybunach przekroczy 10 tysięcy, czyli w sumie na wszystkich obiektach będzie co najmniej 80 tys. ludzi. I tak się też stało. Jasnowidztwo było w tym przypadku o tyle łatwe, że w kalendarzu rozgrywek mieliśmy hit Lech Poznań - Legia Warszawa, derby Łodzi, a ponadto mecze na dwóch stadionach, na których zawsze w tych rozgrywkach przychodziło grubo ponad 10 tys. fanów - Wisły w Krakowie i Górnika w Zabrzu.

Dla Dziennika było to jednak prawdopodobnie za mało. I w swoim poniedziałkowym dodatku sportowym, w stosownym, wcale niemałym tekście nie dość, że potwierdził przypuszczenia Gazety (średnia ponad 10 tys.), to jeszcze globalną liczbę widzów oszacował na „ponad” 100 tys. osób.

Wszystko byloby fajnie, ale:

1. W czterech z pięciu pozostałych liczących się źródeł (Gazeta Wyborcza, PAP, 90minut.pl, Superexpress)  łączna suma widzów wynosi poniżej 90 tys. (81-89,4 tys.), w piątym (Fakt) - 90,1 tys.

2. Sam Dziennik w relacjach z poszczególnych meczów podaje liczby kibiców, sumujące się w równiutkie 100 tys. Czyli po pierwsze: już wcale nie „ponad”. a po drugie - to szalenie ciekawe, że udało się tak idealnie wcelować...

3. Ze względów bezpieczeństwa na derby Łodzi przygotowano 6,1 tys. biletów dla fanów Widzewa, 2 tys. dla fanów ŁKS oraz 500 dla gości i dziennikarzy. Łącznie - 8,6 tys. Dziennik podaje, że mecz obejrzało 10 tys. kibiców, co jest dodatkowo o tyle dziwne - że oficjalna pojemność stadionu wynosi 9892 osoby, a cały jeden olbrzymi sektor był wyłączony...

4. Cała Polska huczy o nowym rekordzie frekwencji w tym sezonie, a więc 28 tys. kibiców obserwujących z trybun mecz Lech - Legia. Nic to, Dziennik ustanawia swój własny rekord i pisze, że widzów w Poznaniu było 30 tys... Pomińmy już milczeniem fakt, że według oficjalnych źródeł na obiekcie Lecha mieści się 26 tys....

5. Mniejsze lub większe różnice w porównaniu z WSZYSTKIMI lub NIEMAL WSZYSTKIMI innymi mediami pojawiają się również w przypadku meczów Korona Kielce - Cracovia (10 tys. do 8,7 tys.), Odra Wodzisław - Ruch Chorzów (6 tys. do 4 tys.) i PGE GKS Bełchatów - Polonia Bytom (4 tys. do 2 tys.). W tym drugim przypadku oznacza to, że reporter Dziennika widział na trybunach w Bełchatowie DWA RAZY WIĘCEJ ludzkich głów niż inni reporterzy...

6. Największa bezwzględna różnica pojawia się w relacjach z Zabrza, gdzie na meczu Górnik - Zagłębie Sosnowiec Dziennik doliczył się 17 tys. kibiców, a pozostałe media 12-13 tys.

7. W żadnym ze źródeł nie ma ani jednego meczu, na którym byłoby więcej kibiców niż według Dziennika.

Jak dziennik doliczył się rekordowych 100 tys. kibiców w 10. kolejce OE pokazuje tabelka (liczby kibiców w tys.):

Mecz/źródlo  Gazeta WyborczaPAP 90minut.pl Superexpress Fakt Dziennik 

 Lech - Legia

 28

 28

 29

 27

 28

 30

 Wisła - Jagiellonia

 18

 18

 18

 17

 17

 18

 Górnik - Zagłębie S.

 13

 12

 13

 12

 13

 17

 Widzew - ŁKS

 8

 8

 9,2

 9

 9,9

 10

 Korona - Cracovia

 8,7

 8,7

 9,2

 5

 8,7

 10

 Odra - Ruch

 4

 4

 4

 5,5

 6

 Zagłębie L. - Groclin

 5

 5

 5

 5

 5

 5

 PGE GKS - Polonia

 2

 2

 2

 2

 3

 4

 Łącznie

 86,7

 85,7

 89,4

 81

 90,1

 100

14:39, blogtrotter
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2